moje uprzywilejowanie nie jest moją zasługą

Przemówienie, które wygłosiłam po odebraniu Nagrody im. Andrzeja Wajdy „za wybitną działalność w duchu solidarności społecznej” przyznawaną przez Fundację Kyoto-Kraków.
26 listopada 2022 roku.

Od czasu do czasu ktoś zadaje mi pytanie, dlaczego to robię.

Popatrzcie na mnie. Jestem białą, heteronormatywną, sprawną, kobietą, obywatelką bogatego i bezpiecznego państwa, wykształconą, pracującą, mogącą w pełni realizować swoje prawa i wolności człowieka osobą. Zawsze miałam co jeść, nigdy nie marzłam, mam kochającą rodzinę, nikt mnie nigdy nie prześladował ze względu na moją tożsamość, mam czynnie i bierne prawo głosu, z łatwością podróżuję po świecie.

Moje uprzywilejowanie nie jest moją zasługą. To suma przypadków. Tylko niewielka część jest wynikiem mojej ciężkiej pracy. Bo ciężka praca, wbrew temu, do czego próbuje nas przekonać kapitalistyczny świat, już od dawna nie ma mocy awansu społecznego.

Czytaj dalej „moje uprzywilejowanie nie jest moją zasługą”

czytając poezję w czasie wojny

Bardzo już dawno nie czytałam poezji. Jakoś mi nie wchodzi. Nie umiem jej znaleźć. Niecierpliwię się. Nie mogę skupić. Albo wkurzam, bo nijak nie rozumiem, w co ma się to ułożyć. Po seminariach u prof. Pawła Próchniaka czyta się rzeczy dobre albo żadne.
Nie poszukuję jasnego sensu, ale piękna. I jest to nieustannie trudne.

Aż do Mer de Glace.

Czytaj dalej „czytając poezję w czasie wojny”

Przechowalnie

Jak nazwać te miejsca, które odwiedzam, do których wchodzę, w których na korytarzach wisi pranie, czuć wczorajszym obiadem, słychać szuranie klapek, dźwięki telefonów, różne języki, krzyki dzieci? Jak nazwać te miejsca, w których się czeka? W których czas nie płynie linearnie. Z których wczesnym rankiem kobiety wychodzą do pracy i do których po nastu godzinach wracają powłócząc nogami? W których nocami ktoś budzi się z płaczem i krzykiem? W których łóżka obcych sobie ludzi stoją zbyt blisko siebie, a w pokojach mieszka więcej ludzi niż w więziennej celi?
Jak nazwać te miejsca, które często są daleko od wszystkiego, do wszystkiego?

To przechowalnie ludzi. Miejsca bez przeszłości i bez przyszłości. Tymczasowe zakwaterowanie o permanentnym wymiarze. Na wieczność.

Czytaj dalej „Przechowalnie”

Nowi mieszkańcy, nowa wspólnota

Wykład wygłoszony na inauguracji roku akademickiego 2022/2023 na wyższej Szkole Przedsiębiorczości i Administracji w Lublinie.

Przypuszczam że mógł to być 1988 lub 1989 rok. Mieszkaliśmy wtedy w Warszawie. Któregoś dnia poszłam z matką na dworzec Warszawa Centralna. Wydaje mi się, że miałyśmy odebrać babcię wracającą z daleka. Matka najwidoczniej nie miała mnie i mojego barat z kim zostawić, więc poszliśmy we trójkę. Pamiętam to wyraźnie — brudny i ciemny dworzec a w nim tysiące ludzi z wielkimi bagażami, rozłożeni na podłodze. Czekający na coś.
To wtedy w hali głównej dworca centralnego zobaczyłam tamtą dziewczynkę, zupełnie taką jak ja i usłyszałam pierwszy raz o uchodźcach. Moja matka użyła dokładnie tego słowa. Uchodźca. Miałam wtedy 7 lat.

***

Czytaj dalej „Nowi mieszkańcy, nowa wspólnota”

Z bliska

piątek

Zimno napada mnie tuż po wyjściu z klatki. Termometr w samochodzie wskazuje 11 stopni. Jestem tylko w koszuli. Podkręcam ogrzewanie.
Muszę przygotować się na zimę. Moje mięśnie i krew, usta i ręce, moją głowę. Na zimno i ciemność. Powinnam zacząć już.

***

W piątek po 16 gapię się na samą siebie w okienku internetowego komunikatora. Wygląda na to, że mój rozmówca o mnie zapomniał. Widzę tylko siebie. Przyglądam się. Mam za bardzo potargane włosy i cienie pod oczami. Obawiając się, że może ten ktoś jeszcze się połączyć, manewruję ustawieniem komputera, aby zniknęły choć te cienie.
Jestem zmęczona i głodna.
Głodna.

Aktywizm i jedzenie nie łączą się.
Przez pierwszy miesiąc kryzysu humanitarnego na polsko-białoruskiej granicy schudłam pięć kilo. Po kolejnym było to już 10. Nie czułam głodu. Ani przed wyjściem do lasu, ani po powrocie. W domu pojawiło się jedzenie w proszku do rozrobienia z wodą. Do prze-życia i prze-łykania. Zamiast kabla do gniazdka. Tak się czułam — jak narzędzie, które trzeba czymś doładowywać.

24 lutego znowu przestałam jeść. Przełykałam czasem ten płyn, częściej nic. Znów schudłam. Znów paliłam. Piłam kawę. Byłam narzędziem.
Skąd brałam siłę, by nieustannie, przez wiele dni być przytomna i czujna? Gotowa w każdej chwili oderwać ciało i posłać je w noc?

Wracając do domu kupuję pudełko do noszenia jedzenia.

Czytaj dalej „Z bliska”

Z daleka

1.

Pierwszej nocy na wyspie śni się wojna. Siedzę w jakieś ukraińskiej wiosce próbując ewakuować ludzi. Czekam na transport, który wciąż nie przyjeżdża. Śpię w ruinach szkoły.

Po przebudzeniu bolą mnie dłonie.

Po dolinie niesie się ryk kóz i muczenie krów. Powoli znikają ciemne chmury. O 9 jest dopiero zupełnie jasno i świetliście.

Czekamy na klaskon małego busika — obwoźnego sklepu z pieczywem. Miał tu być o 10. Dopiero po chwili uświadamiam sobie, że tu gdzie jestem, 10 rano to nie konkretna godzina, a pora dnia. To wielka różnica.

Hałasujący bus mija nas o 11:30, kiedy stromą uliczką schodzimy do oceanu. Kupujemy bułki — jasne pieczywo nabrzmiałe ciepłym powietrzem.

W miejscowej kafejce sami mężczyźni. Piją bicę (espresso). Głośno dyskutują. Mają robocze ciuchy i opalone przedramiona. Zamawiam czarną. W przejściu mija mnie dziewczynka z królikiem w pudełku.

Czytaj dalej „Z daleka”

Żałoba za życiem

To było przedwczoraj? Zamazują się kontury dni. Może wczoraj. Biegłam na spotkanie. Na Królewskiej kręcili film. Zamknięty chodnik. Pobiegłam ulicą. Starałam się nie patrzeć. Poprzebieranych w nazistowskie mundury młodych mężczyzn. Ale stali tak blisko. Czułam, jak trzęsą mi się ręce, przyspiesza oddech, łzawią oczy.

Trwał tylko chwilę. Potężny STRACH. Wyrwał mi się z ust dziwny dźwięk. Szloch.

Podbiegłam dalej. Minęłam ich. Wróciłam inną drogą.

Czytaj dalej „Żałoba za życiem”

Mogliśmy uratować ludzi z Buczy

Bo najpierw jest zawsze taka historia, której łatwo się słucha i z którą można się zgodzić. Więc się ją bierze za dobrą nowinę, że w końcu się ktoś zajął, ktoś widzi i rozumie. Historia raz puszczona w ruch niesie kolejne, aż nagle się spostrzegasz, że zaszła w takie krzaki, z których już nic nie widać i musisz jej zaufać, że poprowadzi cię tam, gdzie obiecała. Do jakiejś lepszej przyszłości. Ale ta lepsza przyszłość, mówią, wymaga ofiar. Przerasta cię decydowanie, więc oddajesz to tym, którzy mówią najgłośniej i którym zaufałeś na początku. Dla świętego spokoju no i tej świetlanej przyszłości, w której wreszcie będzie wspanialej, godniej, sprawiedliwiej… jakoś będzie. 

Pisano już o tym tyle razy, że czuję tylko frustrację – znowu to się dzieje. Mimo wszystkich poprzednich razy, mimo trwogi spustoszonego świata i zapewnień, że nigdy więcej. Nigdy więcej po Kigali, nigdy więcej po Srebrenicy, nigdy więcej po Darfurze, nigdy więcej po Aleppo… Nigdy więcej, a jednak wciąż masowe groby cywilów. 

Bucza nie daje mi spokoju. 

Czytaj dalej „Mogliśmy uratować ludzi z Buczy”

„Russian warship, go fuck yourself”

Pierwszy dzień wojny

Budzik 3:30. Mamy jechać na 4 dni wytchnienia. Po ponad pół roku nieustannej pracy na polsko-białoruskiej granicy. Nie wiem dokąd jadę. To niespodzianka.
Zanim wyjdziemy z domu, Piotr ukradkiem sprawdza serwisy info. Spokój.

Za oknem pociągu jeszcze ciemno. W wagonie chichocze kilka nastoletnich Ukrainek.

Ruszamy. W pół śnie słyszę, że dziewczyny nagle ucichły. Jedna recytuje nazwy ukraińskich miast.
Zaczęło się.
Przyklejam się do telefonu.
W głowie nazwy ukraińskich miast.
Płaczę i źle mi z tym, że płaczę.
Jeszcze nie weszłam w tryb pracy.
Bezsensowne siedzenie w pociągu mnie wyniszcza.
Piotr anuluje noclegi i bilety. W Berlinie.
Wracamy.

Czytaj dalej „„Russian warship, go fuck yourself””

Podczas obiadu koleżanka zapytała mnie, ile trzeba czasu, żeby rozwiązać sytuację na granicy. To proste pytanie.
Dwanaście godzin.

Wystarczy 12 (słownie: dwanaście) godzin, żeby na granicy, w lasach przestali umierać ludzie. Z zimna, odwodnienia, głodu i ran. Dwanaście godzin.

Zapadła przykra cisza.

Czemu kolejne dwanaście godzin nie przynoszą rozwiązania? Bo za dużo ludzi na kryzysie korzysta. Finansowo i politycznie. Dzieje się duża rzecz, więc beneficjentów coraz więcej. Można na tym awansować, zarabiać, kompletować cv, zbierać nagrody, utrwalać podziały i wreszcie wygrywać wybory. Karmić potwory i wypuszczać je z klatek. A potem pisać epopeje narodowe ilustrowane laurkami dzieci.

Czytaj dalej „12 godzin”

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑