Give me your Ukrainians! Now!

Tą frazę w wielu różnych wariantach słyszę od lat. Głównie od dziennikarzy, czasem od ludzi ze świata artystycznego, czasem ze szkół.
„Przyprowadź mi ich!”
I od lat czuję, że coś z tą frazą jest nie tak.

To prawda, jestem translatorką — kimś, kto zbiera cudze wyzwania, problemy i krzywdy, klasyfikuje je, kataloguje, podlicza, a potem udaje się do ważnych ludzi w ważnych budynkach i opowiada im, operując zrozumiałymi dla nich słowami, w czym problem. Bezustannie ważę słowa i pilnuję się, aby nie ważyć cudzych żyć.
Bywam też wymyślaczką — czasem w swojej bezczelności powiem tym ludziom, co właściwie należałoby z tym problemem zrobić. Ale tylko wtedy, jak widzę, że sami trudzą się bezcelowo. Więc tłumaczę jeden świat drugiemu światu. Tak to widzę. Ale tłumaczenie to nie to samo, co kreowanie — wybieranie i modelowanie opowieści. Nie jestem scenarzystką, a to nie jest teatr.
Im dłużej przyglądam się życiu migrantów w Polsce, tym mniej ten obraz jest klarowną całością — a zatem możliwości konstruowania opowieści jest nieskończenie wiele. I to wtedy jest teatr.

Czytaj dalej „Give me your Ukrainians! Now!”

Westchnienie obwodu

Ostatnio pewien pan wyciągnął grzebień i patrząc ni to na zebranych ni to na swoje elektroniczne odbicie, przeczesał włosy.
Gest niby nieznaczący, chwilowy, ulotny, geścik właściwie, ruch ręką tylko. A jednak dało się wyczuć wśród wirtualnie obecnych świadków jakieś poruszenie, tak samo jak ów gest efemeryczne, niczym spięcie mikroskopijnego jakiegoś rezystora, gdzieś tam, na dalekiej farmie serwerów.
Westchnienie obwodu.

Czytaj dalej „Westchnienie obwodu”

Zanim tam poszłam

Zanim stanęłam na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, zrobiłam ten performance dziesiątki razy. W wyobraźni. Klatka po klatce. Z różnych ujęć. W bezsenne noce wielokrotnie zatrzymywałam i cofałam ten jeszcze niepowstały film. Wchodziłam w scenografię i uruchamiałam czas. Tresowałam siebie. Zmarzłam przy tym, poraniłam skórę rąk, nadwyrężyłam lewy bark. Wyćwiczyłam oddech i chód, spowolniłam swój ruch, aby układanie stało się misterium, wyciszyłam dźwięki z zewnątrz. Odtworzyłam możliwe wariaty, detale, które mogą zawieść. Przeczytałam komentarze na fejsbuku, wiadomości i maile, zajrzałam do notatek prasowych (tu bez czytania komentarzy), przetrwałam jedną migrenę.

Czytaj dalej „Zanim tam poszłam”

Widok publiczny

performance
4 lutego 2020, godz. 12:00
Warszawa, chodnik przed Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego
Anna Dąbrowska

W 1999 roku Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa wydała zgodę na postawienie w Monasterzu pomnika-grobowca, w którym pochowani są polscy obywatele narodowości ukraińskiej, żołnierze UPA zabici przez NKWD. Ukraińska tablica nagrobna została w 2015 roku zniszczona przez nieznanych sprawców, a następnie na początku stycznia 2020 roku wrzucona do starej studni, gdzie następuje powolny proces wymazywania niechcianej przez niektórych historii. Odbywa się on w ciemności studni i ciszy milczącego państwa. Monasterz, który znajduje się w województwie podkarpackim, w powiecie lubaczowskim, w gminie Horyniec-Zdrój, leży daleko od centrum. Trochę nigdzie. Nie przecinają się tu żadne z głównych dróg. Łatwo udać, że nie istnieje. Monasterz to głęboki las na wzgórzu, i krzaki, które przesłaniają zdewastowany pomnik — trudny do zaakceptowania widok.

Czytaj dalej „Widok publiczny”

Przyzwyczailiśmy oczy

Przyzwyczailiśmy oczy do widoku zrujnowanych cmentarzy. Bo język, którym odprowadzono tamtych ludzi, nie mieścił się w naszych ustach. Czasem wpadła nam tam piłka. Ktoś obcy przyjechał i zapytał. To niby u nas? Tam? To nie nasze. 

Przyzwyczailiśmy oczy do widoku zrujnowanych cmentarzy. Nauczono nas podnosić brwi w geście zdziwienia, pogardliwie machać ręką. Nie widzieć.
Biała plama, jak kartka, na której można narysować własny obrazek. Więc powstały: szkoły i domy kultury, parki, urzędy gminy, cmentarze. Nasze.
Słowa, których już nikt nie umiał przeczytać, zamieniono na tłuczeń. Niemcy to zrobili. Łatwiej to przechodzi przez usta. Na odwrocie tablic zapisano imiona naszych zmarłych, bo tamtym zmarłym już niepotrzebne. To Niemcy byli. Jeszcze te zostały. O tych nikt się nie upomni. Ze strachu. 

Zdekompletowana przestrzeń bez widocznych śladów korekt z łatwością przyjmuje nową treść.
Zawsze byliśmy tu tylko my. 

Czytaj dalej „Przyzwyczailiśmy oczy”

Zepsuty widok na Warszawę Zachodnią

Yulia* w końcu została sama. Myślę o tym jej instytucjonalnym osamotnieniu jeszcze długo po tym, jak w czwartek wieczorem kończymy rozmawiać. Zadzwoniła do mnie po otuchę i wymyśliłam, że ją wesprę więcej niż słowem. Bo i awantura wcale nie toczy się wokół słów (a w tym wypadku przyimków). Wszyscy to chyba wiemy.

Taki los artysty, który robi kontrowersyjną sztukę. Tylko gdzie tu ta kontrowersja? Może przywróćmy właściwą miarę rzeczom. Oto Yulia wychodzi na Dworzec Zachodni w Warszawie z białą flagą, na której widnieje napis „w Ukrainie”. Cała akcja trwa kilkanaście minut. Jej temat to użycie przyimka „w” zamiast „na” — niepozbawiona emocji formuła.

Czytaj dalej „Zepsuty widok na Warszawę Zachodnią”

Po siódme, unikaj widowisk gawiedzi

Dnia 19 listopada 2019 roku otrzymałam pismo z Prokuratury Rejonowej Warszawa – Praga Północ. Prowadzący postępowanie prokurator zawiadamiał mnie w nim, że ktoś na Facebooku groził mi śmiercią — „kilkakrotne groźby użycia przemocy fizycznej wobec osoby”: „Bandersukę na stryczek”.
Pod komentarzem posypały się kciuki do góry. Lud zawyrokował. Wciąż jeszcze żyję. Inicjator skasował konto.
O „wyroku” nikomu jak dotąd nie powiedziałam. W obawie, że inny lud orzeknie u mnie brak manier i mazgajstwo. Wszak od walczących na arenie oczekuje się męstwa (sic!) do końca. Jak pisał Seneka „przeznaczeniem walczących jest śmierć”. Powinnam to wiedzieć.

Z należytą uwagą przeczytałam tylko pierwsze pismo prokuratora. Przyszło nagle na adres miejsca, gdzie pracuję. Resztę zawiadomień, w których przytacza się dalsze komentarze w podobnym duchu, ukryłam w szufladach biurka. Nie, nie czytałam. Wydobyłam je na powrót dopiero teraz. Przychodzące w niejasnej regularności, kreślą nierzeczywistą przestrzeń krwawych widowisk.

Czytaj dalej „Po siódme, unikaj widowisk gawiedzi”

My, Lędzianie

Kilka dni temu otrzymałam reprymendę. Co prawda wypowiedzianą w miłym tonie, ale ton jest w tej historii zupełnie bez znaczenia. Reprymenda, dokonana publicznie, dotyczyła używanego przeze mnie słowa „ukraiński” — w odniesieniu do mieszkających na Podkarpaciu ludzi i obecnego tam dziedzictwa kulturowego.

— My na Podkarpaciu wolimy używać słowa „rusiński”. Jest pełniejsze i lepsze — zabrzmiało.

Pytanie dla kogo lepsze, i czy o innych zabytkach tam obecnych mieszkańcy Podkarpacia mówią, że to Wiślanie zbudowali? Choć nad Sanem to raczej Lędzianie. No więc twierdza w Przemyślu jest lędziańska, a obrońcami miasta, którym hołd co roku składa prezydent, dzielnymi młodymi Lędzianami?

Czytaj dalej „My, Lędzianie”

Ukrainka prezydentem Lublina

Kilka lat temu mój mąż, nauczyciel akademicki zajmujący się tematyką praw człowieka, wymyślił pewne ćwiczenie. Nazywa się ono „Najlepszy wsród ludzi”. Prosimy w nim, aby uczniowie/uczennice w kilku małych podgrupach przez chwilę zastanowili się, jaki jest najlepszy wśród ludzi. I wypisali charakteryzujące go cechy. 

To ćwiczenie miałam okazję przeprowadzić bardzo wiele razy w różnych grupach polskich nastolatków. Ich wizerunek „najlepszego” jest zawsze ten sam — to biały, heteroseksualny mężczyzna, młody, Polak, katolik. 

Czytaj dalej „Ukrainka prezydentem Lublina”

Ei-chmann, You-chmann, He-chmann, She-chmann, it-chmann

Ei-chmann, You-chmann, He-chmann, She-chmann, it-chmann [1]… wylicza Mirosław Bałka.

To nie będzie tekst o Eichmannie.

Powstało wystarczająco dużo publikacji ukazujących postać Adolfa Eichmanna, głównego koordynatora i wykonawcy planu Ostatecznego Rozwiązania, w dwóch odczytaniach: jako uosobienie demonicznego zła — jakim chciała go widzieć część opinii publicznej, i jako bezwolne narzędzie w machinie totalitarnej władzy — jakim chciał być widziany on sam broniąc się przed izraelskim sądem. Trudno w tym łysiejącym krótkowidzu o wątłej budowie ciała, który z trudem panuje nad nerwowym tikiem warg — jak opisała go Hannah Arendt [2] — zobaczyć dziką, fanatyczną bestię. Z drugiej strony słuchając jego autoobrony, nie odnajdziemy tam potępienia dla narodowego socjalizmu; Eichmann nie wyrzeka się systemu, którego był częścią, nie oskarża kolegów. Jest lojalny i wciąż posłuszny. Na rozprawie dwa dni przed ogłoszeniem wyroku śmierci w swoich ostatnich słowach wyraża ubolewanie, że mimo iż liczył na sprawiedliwe traktowanie uważa, że sąd go nie zrozumiał: „nigdy nie był żydożercą, nigdy też nie pragnął śmierci istot ludzkich. Jego wina brała się stąd, że był posłuszny, a posłuszeństwo ceni się przecież jako zaletę. Zalety, jakie posiadał, zostały nadużyte przez przywódców nazistowskich.”[3]

Czytaj dalej „Ei-chmann, You-chmann, He-chmann, She-chmann, it-chmann”

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑