Jonasz Building

Kiedy w 2009 roku po raz pierwszy miałam oprowadzić grupę cudzoziemców po Lublinie, nie zdawałam sobie sprawy z trudności tego zdania. Skonstruowanie opowieści o mieście to zawsze selektywna robota.
Ideą tamtych spacerów, także dla polskich grup było, aby daty, zabytki, ślady i okruchy wplątać w zwartą zabudowę narracyjną. Aby przestały być oderwanymi fragmentami cudzego ciała – tu historie polskie, tam żydowskie a jeszcze gdzieś indziej ruskie freski w kaplicy. Więc obok istniejącego, pojawiło się wyobrażone. To mogłaby być piękna opowieść… Gdyby nie to, że kompletnie niezrozumiała. 

Strategii wobec hermetyczności nie jest wiele. Można wyabstrahować z rzeczywistości tylko architekturę, albo tylko legendy. Nie wikłać się. Bezkontekstowość bywa w takich chwilach kusząca. Przecież to, co się liczy to atmosfera, duch, smak — ulotność wrażeń, drobne przeżycie, jakiś prosty rys do powtórzenia być może w uproszczonej formie rodzicom przylatującym z wizytą. 

A może nie, może trzeba zalec na Placu Litewskim na długie godziny wplątując się w gąszcz minionych wypadków próbując nadać im bardziej uniwersalny charakter, ludzi wymiar. Posadzić na ławce Jagiełłę i wojów litewskich, Jakuba Horowitza, Vetterów, Daszyńskiego, Hartwiga z siostrą, Czechowicza, Globocnika i czerwonoarmiejca…

A potem wypadałoby oddać głos tym, którzy do tej pory jedynie słuchali. 

Niewidzialne historie

„Co miałem do powiedzenia tym młodym ludziom? W końcu to, o czym mówiłem, nie było ich historią ani historią ich rodziców czy dziadków, nie mieli powiązań […] z czasami narodowego socjalizmu, w ich rodzinach nie było ani ofiar, ani sprawców w naszym rozumieniu. W ich pamięci kulturowej są zakorzenione inne zdarzenia. Zdarzenia, o których my często niewiele wiemy. W swojej rodzinnej pamięci przechowują inne historie, wiele z nich, niewątpliwe bolesnych, nie ma żadnego odniesienia do naszych doświadczeń.”
(Martin Pollack, Topografia pamięci, Wołowiec 2017, Wydawnictwo Czarne, s. 115)

Dylemat Martina Pollacka przeżywałam wielokrotnie postawiona naprzeciw ukraińskich, białoruskich, tajwańskich, niemieckich, hinduskich, żydowskich, amerykańskich grup zwykle bardzo młodych ludzi. Dzieliło nas doświadczenie historyczne, nieprzystające, nie dające się zestawić. Łączyła zupełna niewiedza o sobie wzajemnie. Już nawet nie chodziło o to, że znając tamte konteksty mogłabym rzucić jakiś iluzoryczny, na szybko zbudowany most prostych porównań, ale że w ogóle wiedziałabym, jak mówić. 

Niewidzialni mieszkańcy

– Powiedzieli, że są już blisko, koło Jonasz building?
– Gdzie?
– Koło Jonasz building.
– To w Lublinie?
– Tak!

„Jonasz bulidling” faktycznie znajduje się w Lublinie. To III Liceum Ogólnokształcące im. Unii Lubelskiej. Jonasz pojawił się w postaci wiersza Marcina Świetlickiego pod tym właśnie tytułem — w 2014 został zapisany na fasadzie budynku. Ale faktycznie stał się budynkiem Jonasza, kiedy pierwszy cudzoziemiec, a za nim kolejni, zaczęli tak go nazywać. Kiedy? Tego niestety nie wiemy. Lista niewiadomych jest jednak znacznie dłuższa. Nie dotyczy tylko przestrzeni, choć teraz tylko na niej się skupiam.  

Kulturowe, topograficzne kalki, w których na mapę Lublina nakładają się dalekie metropolie, skąd przyjechali migranci to fantastyczna przestrzeń pełna na nowo opowiedzianych miejsc. Mimo woli, mimo historii po cichu dostają nowych, nieprawdopodobnych rysów. Poszukiwania znajomych kształtów, układów, zakamarków nieodmiennie prowadzić musi do pozornego zaadoptowania obcej przestrzeni. A za tym — do nakładania się zachowań i strategii wobec zastanego, na nowo zdefiniowanego miejsca. Zrozumiałe jedynie w dostępnym nielicznym kontekście aksjologicznym zaczynają nowe, dzikie życie. 

Za pośrednictwem zaadoptowanych miejsc dochodzi do przekraczania granicy obcości. To co obce staje się po trosze moje, gotowe na przyjęcie moich historii. Taka transgresja to na dziś tylko hipoteza.

Udomawianie obcego krajobrazu przywiezionymi konstruktami nie wynika jedynie z chęci poczucia się trochę u siebie, jest wynikiem ogromnego braku. Wobec migrantów, zwłaszcza z dawnego Bloku Wschodniego panuje przekonanie o domniemanych kompetencjach wynikających rzekomo z pospolicie rozumianej bliskości kulturowej. „Poradzą sobie” – słyszymy. „U nas trochę jak u nich, ulice te same, samochody, sklepy…”. 

Żadne miasto nie jest podobne do innego miasta. To domniemanie kompetencji i brak zaopiekowania, opowiedzenia miasta, jego historii to tak naprawdę brak włączenia we wspólnie definiowania przestrzeń. Dziko narosłe dopowiedzenia miasta to efekt smutnego braku więzi.
Znane jest twierdzenie, że kulturowa strona integracji to między innymi dostęp do wspólnych historii. Taki moment, kiedy my opowiadamy swoje, a oni swoje. Słuchamy, bo mamy na to przestrzeń i czas. 

Tymczasem wciąż ich nie widzimy. A oni robią wszystko byśmy ich nie zobaczyli. Obie postawy, wynikające z chęci przetrwania w warunkach zagrożenia, umacniają trajektorie nieprzecinających się codziennych ścieżek. Nie widzimy ich w galeriach sztuki, ani teatrach, ani warsztatach rękodzieła. Jakby nie istnieli. A przecież wiemy, że są. Wieloletnie wprowadzanie migrantów do środka różnych obiektów, przekraczanie faktycznego i mentalnego progu podpowiada, że niewielu z nich tak naprawdę stać na uczestnictwo. Stać nie tylko finansowo ale wiedzowo. Korzystanie z miasta jawi się jako przywilej dostępny jedynie tym, którzy mają kulturowy narzędziownik. A w nim między innymi te historie, które warto znać. 

Jonasz building

„Jonasz building” nosi w sobie ducha dawnych koleżanek, których imiona, wbrew praktykom nauczycielki łaciny przywołuje Julia Hartwig. I obraz tamtego ostatniego z nimi spotkania „na granicy świeżo utworzonego getta”. 

Dawne gimnazjum, gdzie uczyły się Polki i Żydówki (też Polki) za sprawą wiersza Świetlickiego staje się „domem Jonasza” – brzuchem ryby. Tu spotykają się ci, którzy jeszcze nie dotarli do Niniwy. I to właśnie tu, w szkole, zazwyczaj za późno odkrywamy, że jesteśmy trawieni — samozasłuchaniem. Trawi nas uwielbienie do siebie i swoich historii. Wykreślamy obco brzmiące nazwiska i niejednoznaczne historie. 

Historie  dawnych mieszkańców, ich ślady i nie-ślady, nakładają się na historie nowych – tych, którzy właśnie przyszli. Obie grupy łączy ich mniejszościowy charakter. A priori wiemy, że ich głos nigdy nie stanie się wiodącym, a ich historie kanonem. „Wspomnienia, które „nie wpisują się w tradycyjny obraz narodowej historiografii, są najczęściej ignorowane. Po co się nimi zajmować. Co one nas obchodzą” . (s. 119)

To co niewidoczne, bo skończone i nie ma nikogo, aby zaświadczył, że istniało faktycznie a tym samym przeniósł obraz w przyszłość, łączy się z tym, co niewidoczne, bo trwa ukryte, niewypowiedziane, bo nie ma nikogo, kto by ujawnił i wpuścił do teraźniejszości. Obce w każdym z przypadków. Ukryte przed większością. Trudne w dostępie, bo inne. Jednocześnie warunkujące to co „ważne” do poznania. Oślepieni „swoimi” historiami snujemy się po mieście, o którym tylko trochę wiemy. Między zamazanymi, szczątkowymi obrazami z „cudzej” przeszłości a nadpisanymi notatkami z „cudzej” teraźniejszości. 

Więc kiedy stoisz na Placu Litewskim, a przed sobą masz grupę migrantów, to poza wszystkim musisz sobie odpowiedzieć na pytanie, o jakim społeczeństwie chcesz opowiedzieć. 

 

Tekst ukazał się w: Gazeta Wyborcza Lublin, 5 maja 2018.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: